I zrobiło się cicho...
4 miasta. 4 stadiony. 52 mecze. 238 treningów. 17 boisk treningowych. 24 reprezentacje. 11 hoteli. Ponad 20 tysięcy pokojonocy i prawie 45 tysięcy posiłków (nie licząc cateringów stadionowych).
I kolejny projekt, który trafia do mojego zawodowego archiwum.
FIFA U-20 Women's World Cup Poland 2026™.
(chyba lubię statystykę).
Projekt na prawdę pod wieloma względami fantastyczny. Wielowątkowy, wielopoziomowy, złożony organizacyjnie, z wymagającą logistyką. Taki, w którym nieustannie trzeba podejmować decyzje, reagować na zmieniające się okoliczności i pilnować, żeby wszystkie części tej wielkiej układanki działały tak, jak powinny. Który wymagał czasu, energii, zaangażowania, elastyczności, a czasem anielskiej cierpliwości. Bywał źródłem frustracji, ale jednocześnie był po prostu ciekawym zawodowym przedsięwzięciem. Takim, jakie na prawdę lubię. Multiprojektowość, "łączenie kropek" - to jak to się mówi "tygryski lubią najbardziej" ;-)
Ale jednak tym razem kończę go z dość dziwnym uczuciem i chyba z całkiem sporą dawką irytacji, która nie bardzo ma gdzie znaleźć ujście.
Przy organizacji dużych wydarzeń jest pewna naturalna kolej rzeczy. Na początku jest kilka osób, czasem dosłownie garstka, która przez długie miesiące buduje projekt od podstaw. Koncepcje, budżety, negocjacje, ustalenia, decyzje, o których później nikt już nawet nie pamięta.
W naszym przypadku od samego początku po stronie Lokalnego Komitetu Organizacyjnego pracowały chyba cztery osoby. Z czasem dołączyło kilka kolejnych. A zdecydowana większość zespołu pojawiła się na ostatnie trzy, może w niektórych przypadkach pięć miesięcy.
I to jest absolutnie normalne. Tak działa branża eventowa. Projekty ewoluują, zespoły rosną, ludzie wchodzą w różnym momencie i z różnym doświadczeniem. Jest samo wydarzenie i dzień po nim też nadchodzi ;-) Nie jest to mój pierwszy duży event. Nie jest to też mój pierwszy „dzień świstaka” po jego zakończeniu. Ten moment, kiedy nagle przestaje dzwonić telefon, skrzynka mailowa nie produkuje kilkudziesięciu nowych tematów, a człowiek przez chwilę nie bardzo wie, co zrobić z odzyskanym czasem.
Ale tym razem jest inaczej, mam wrażenie, jakby ten projekt po prostu zniknął.
Był. Trwał. Przez wiele miesięcy był ogromną częścią mojego życia. To, że nadszedł koniec mnie nie zaskoczyło, raczej to jak ten koniec wygląda.
Zespół się rozszedł, jedni wyjechali na zasłużone urlopy, inni w tym czasie kończyli współpracę. Nie było nawet momentu, w którym wszyscy moglibyśmy się jeszcze raz spotkać, popatrzeć na siebie i powiedzieć: zrobiliśmy to. Bez prezentacji, podsumowań czy oficjalnych przemówień. Po prostu, tak po ludzku, powiedzieć sobie "good job" Moi Drodzy.
I chyba pierwszy raz mam takie dziwne poczucie, że projekt pozostał niedomknięty.
Nie operacyjnie, bo wszystko się odbyło, reprezentacje wyjechały, hotele opustoszały, boiska i stadiony wróciły do swojego codziennego życia. Projekt niedomknięty - tak po ludzku.
Bo za tymi wszystkimi liczbami, meczami, treningami są konkretni ludzie. Ci, którzy byli od początku, i ci, którzy dołączyli później. Ci, którzy brali odpowiedzialność, szukali rozwiązań, odbierali telefony o niemożliwych porach, mierzyli się z kolejnymi wyzwaniami, a czasem po prostu potrafili rozładować napięcie jednym zdaniem ("na pewno, na pewno...czas pokaże").
I by choć trochę tej irytacji ze mnie zeszło - to dziś w tej formie chciałam po prostu powiedzieć "Dziękuję." Za współpracę, poczucie humoru, zaangażowanie. Za to, że byliście. I za to, że wytrwaliśmy do końca. To był naprawdę kawał dobrej roboty ❤️
Za te wszystkie sytuacje, które w trakcie wymagały od nas sporo cierpliwości, a dziś już możemy się z nich śmiać. Za rozmowy, wspólne szukanie rozwiązań i za zwykłą ludzką życzliwość, która w takich projektach bywa najważniejsza.
Bo należy też powiedzieć, że odnieśliśmy sukces. Nawet jeśli nikt specjalnie głośno tego nie powiedział i już raczej nam tego nie powie ;)
I chyba właśnie tego zabrakło mi najbardziej. Nie kolejnego certyfikatu, oficjalnego podziękowania czy pamiątkowego zdjęcia. Tylko tego jednego, wspólnego momentu, w którym można zamknąć pewien rozdział i docenić zespół, który go tworzył.
A ponieważ, wiem, że nasze drogi jeszcze nie raz się przetną — to do zobaczenia przy kolejnym szaleństwie!
Wybór zdjęć nieprzypadkowy i galerie ułożone z zamysłem (znanym tylko autorce ;-)
Ivetta Roczek
And Then… Silence.
4 cities. 4 stadiums. 52 matches. 238 training sessions. 17 training pitches. 24 national teams. 11 hotels. Over 20,000 room nights and nearly 45,000 meals (not including stadium catering).
And another project goes into my professional archives.
FIFA U-20 Women's World Cup Poland 2026™.
(I guess I like statistics.)
A truly fantastic project in so many ways. Multifaceted, complex, involving multiple interconnected operations and some seriously demanding logistics. The kind of project where you're constantly making decisions, adapting to changing circumstances and making sure all the pieces of a very large puzzle fit together and work as they should.
It required time, energy, commitment, flexibility and, occasionally, the patience of a saint. There were moments of frustration, of course, but it was also simply a fascinating professional undertaking. Exactly the kind of work I genuinely enjoy.
Multiple projects within one, connecting the dots, seeing how everything fits together — that's my kind of thing. ;-)
And yet, this time I'm finishing with a rather strange feeling. And, I must admit, quite a bit of irritation that doesn't really have anywhere to go.
When you organise major events, there's a certain natural rhythm to how things unfold.
At the beginning, there are just a few people, sometimes literally a handful, who spend months building the project from the ground up. Concepts, budgets, negotiations, arrangements, decisions that, by the time the event actually happens, hardly anyone even remembers.
In our case, I think there were four people working on the project from the very beginning on the Local Organising Committee side. A few more joined along the way. And the vast majority of the team came on board for the final three months, or perhaps five in some cases.
And that's absolutely normal. That's how the events industry works. Projects evolve, teams grow, people join at different stages and bring different levels of experience.
There's the event itself. And then, inevitably, comes the day after. ;-)
This certainly wasn't my first major event. Nor was it my first experience of that strange post-the day after. That moment when the phone suddenly stops ringing, your inbox no longer generates dozens of new things to deal with, and for a while you're not quite sure what to do with all the time you've suddenly got back.
But this time feels different.
It feels as though the entire project has simply vanished.
It was there. It happened. For months, it was a huge part of my life.
The fact that it came to an end wasn't surprising. What surprised me was how it ended.
The team simply dispersed. Some people went off on well-deserved holidays, while others were finishing their contracts during that same period.
There wasn't even a moment when we could all get together one last time, look at each other and say: We did it.
No presentations, no formal summaries, no official speeches.
Just a simple, human moment to say, "Good job, everyone."
And I think this is the first time I've been left with this strange feeling that a project hasn't really been brought to a close.
Not operationally, of course. Everything happened as planned. The national teams went home, the hotels emptied, the training pitches and stadiums returned to their everyday routines.
But on a human level, something was left unfinished.
Because behind all those numbers, matches and training sessions are real people.
Those who were there from the beginning and those who joined later. Those who took responsibility, found solutions, answered calls at ridiculous hours, dealt with one challenge after another, and sometimes managed to ease the tension with just one sentence.
("Definitely, definitely… time will tell.")
And perhaps, just to let go of a little of that frustration, I wanted to use this space today to say something very simple:
Thank you.
For the teamwork, the sense of humour, the commitment. For being there. And for sticking it out until the very end.
We really did great job. ❤️
Thank you for all those situations that tested our patience at the time but that we can now laugh about. For the conversations, for working through challenges together, and for the simple human kindness that often matters more than anything else on projects like this.
Because one thing also deserves to be said:
We succeeded.
Even if nobody has really said it out loud. And, at this point, I rather doubt anyone will. ;-)
And I think that's what I missed the most.
Not another certificate, an official thank-you or a commemorative photograph.
Just that one shared moment when you can close a chapter and acknowledge the team that helped write it.
And since I'm pretty sure our paths will cross again, probably more than once — see you at the next crazy adventure!
The choice of photographs is no coincidence, and the galleries have been arranged with a particular idea in mind (known only to the author). ;-)
Ivetta Roczek





Komentarze