top of page

I co ja w zasadzie robię ;)

2 godziny temu
4 minut(y) czytania

Czasami jak ktoś mnie pyta czym się zajmuję to serio zastanawiam się jak odpowiedzieć by było krótko i na temat. Chyba aktualnie najbardziej adekwatne jest projektant i producent wydarzeń, choć nadal mam poczucie, że to szufladkuje człowieka a przecież nikt nie lubi być szufladkowany. Wracając do tematu - to co to w zasadzie oznacza?



Wiele osób, które nie pracują w organizacji wydarzeń nie ma zielonego pojęcia czym się taka osoba zajmuje. Lata zajęło mi pokazywanie moim dzieciom na czym polega moja praca (oprócz siedzenia przed komputerem - najszybsza ocena i perspektywa młodego człowieka). Na szczęście to siedzenie przed komputerem to tylko wycinek tego jak pracuję, duża część to jednak praca z ludźmi, budowanie relacji, zarządzanie zespołami - czytam to co piszę i tak sobie myślę, że to wszystko takie marketingowe, takie na pokaz. To nie mój styl... ;-)

Kiedyś na to co robię mówiłam "spinacz" i chyba nadal to określenie lubię najbardziej - tzw. "łączenie kropek", wiązanie projektów, pokazywanie jakie są zależności, szukanie wspólnych, optymalnych rozwiązań by jak to się mówi wszystkie trybiki maszyny mogły zadziałać. Z czasem może jeszcze do "spinacza" dorzuciłabym może "architekt" ;-) ale taki od kreowania, szukania koncepcji i pomysłów, ale takich które nadal są możliwe do zrealizowania.

Moja praca od lat to projekty mniejsze, większe, bardziej lub mniej skomplikowane - do każdego z nich podchodzą z taką samą dawką optymizmu na start. Jednak ostatnimi czasy ten optymizm często jest duszony...czemu tak się dzieje, że pomimo doświadczenia, wiedzy co raz bardziej staję się sceptykiem?



Na ostatnim evencie pewna relatywnie młoda osoba powiedziała doświadczonemu w eventach osobnikowi, że on widzi tylko przeszkody a ona ma takie fantastyczne pomysły. Tylko te pomysły (pomijam, że jakby czytała i słuchała przez kilka miesięcy co ten doświadczony człowiek przedstawiał na spotkaniach to by się okazało, że po prostu zmarnowała potencjał czasu i chwili) w danym momencie ich "obudzenia" były na prawdę już z kosmosu - i nie chodzi o to, że rzeczy niemożliwe na wczoraj a cuda na dziś (zawsze to w eventach działa) - tylko, że żeby zrobić jakąś extra akcję to trzeba jednak przejść pewien proces - często administracyjny, proceduralny, znaleźć ludzi, mieć materiały (nie wspomnę o pieniądzach) - a do tego często ten pomysł był już po prostu za późno by osiągnąć dzięki niemu konkretne mierzalne efekty (a taki był główny cel). I na prawdę cudownie jest słuchać kreatywnych pomysłów młodych ludzi, którzy jednak nie mają zielonego pojęcia jak to realnie zrobić - no bo przecież to takie proste: bierzesz kilku wolontariuszy, ubierają maskotkę (stop!!! to już przecież płatna praca), chodzą sobie po mieście i promują imprezę (nie ważne czy mają zgody i pozwolenia), ot pstryknij palcami i coś wymyśl. I takie zachowania budzą we mnie co raz większy sceptycyzm. Nie do pracy, którą wykonuję ale do ludzi, z którymi przychodzi mi czasem pracować. Ludzi, którzy mają tylko check listy "swoich projektów" ale nigdy ich realnie nie zrobili, nie wyprodukowali, nie znają procesów, zasad, prawa, ograniczeń i możliwości. Co więcej, wiele z tych pomysłów było zaprezentowanych tyle razy podczas spotkań, prezentacji, niezliczonej ilości maili - i nagle taki "Filip z konopii" wyskakuje z cud ideą. I się zastanawiasz czy to już jest ten moment by wyrzucić z siebie, że to wszystko ma u siebie na dysku, w projekcie na mailach od ładnych kilku miesięcy - ale nikt nie odpowiedział, albo wiecznie były ograniczenia wskazywane ze strony właśnie tej "kreatywnej" osoby- bo tego nie można, tamtego nie można, a tu nagle wszystkie drzwi otwarte - działaj!!


I tak się zastanawiam, co się teraz liczy w naszym zwariowanym, mega komercyjnym świecie. Po co takie osoby jak my - nieskromnie powiem doświadczeni producenci wydarzeń, skoro powiedzmy sobie szczerze , że "świat" przestaje nas słuchać. Bo przecież wszystko jest takie proste, łatwe. Nikt nie widzi zależności, powiązań. Ba, w którymś momencie nikt nie wie w zasadzie po co my to robimy - sztuka dla sztuki - wyprodukuj wydarzenie, niech się odbędzie. A przecież ważniejszy powinien być cel - po co i dla kogo to wydarzenie organizuję, jakie chcę osiągnąć efekty.

Inny projekt - na start modelowa współpraca - przedstawiona koncepcja, założenia, cele, metody jak to osiągnąć - wszystko super, extra - działamy. A potem przychodzi rzeczywistość - tego nie będziemy tak realizować bo po co na to wydawać extra pieniądze, przecież organizator zawsze sam nasz branding powiesi i nawet sam go odbierze, przecież mój pracownik może sam umieszczać materiały na social mediach, Wy tylko napiszcie co tam ma być. Kontakty z organizatorami wydarzeń - przecież Wam nie potrzebne (a ten content choćby na social media napisze się sam). No tylko pamiętajcie by KPI były zrobione jak należy i promocja jak najlepsza. No tak, tylko narzędzia nam po drodze zabrano - takie "zbuduj zamek z piasku, wody brak, wiaderka brak - ale jakoś to ulepisz".


Ktoś mi powie, że to wypalenie zawodowe. Chyba jeszcze nie, nadal nie. To tylko na razie podcinanie skrzydeł, gdzie nawet nie masz możliwości rozmowy i próby wyjaśnienia, że można inaczej, lepiej, nie zawsze dużo drożej.



Oj chyba dziś ponarzekałam, ale tak mi się ostatnio zbierało i zbierało, że musiało chyba się wylać. Za chwilę startuję z kolejnymi projektami - głowa pełna pomysłów i znów entuzjazmu, że zaczynam kolejny projekt. Wierzę, że choć nie wszystko będzie idealnie tak jak bym to sobie wymarzyła, to będzie kolejna droga do przejścia, kolejny cel do zdobycia, kolejna ścieżka do odkrycia. Ciekawi ludzie, inne kreacje, nowe perspektywy.


Ivetta Roczek

Zawodowo zajmuję się układaniem skomplikowanych puzzli. Często projektuję obrazek, ustalam zasady, dobieram elementy, a w trakcie ktoś regularnie zmienia ich kształt. I właśnie to lubię. ;-)


 
 
 

Komentarze


bottom of page