Rzeczy niemożliwe na dziś a cuda organizujemy na jutro!


Ile razy to słyszeliście przede wszystkim od osób pracujących w agencjach eventowych? Ile razy realnie tego wymaga od nas klient? Czemu to ma służyć?

Ostatnie lata (i to tak bym powiedziała min. 10 a nie ostatnie 3) pokazywały w zasadzie w każdej branży, że można wyciągnąć z nas (ludzi, pracowników) jeszcze więcej i więcej. Cały świat zaczął spowalniać, zaczęto szukać higieny rozdzielając życie zawodowe od prywatnego, tylko nie u nas. I nie dlatego, że wiecznie nasi szefowie, managerowie, klienci, biznesmeni nas cisną do granic możliwości. Też dlatego, że sami nie umiemy powiedzieć stop, że za każdym razem godzimy się na przekraczanie kolejnych granic „no bo kto jak nie ja?”, „ja nie dam rady?”, „udowodnię wszystkim, że da się i to w takim czasie”. Czy to ma sens? Czy dzięki takim zachowaniom ktoś nas zauważy, doceni, osiągniemy sukces? Niekoniecznie.

Po jednym z wydarzeń, które trochę przetarły mi oczy usłyszałam „myśleliśmy, że przegracie ale wygraliśmy!”. Kwintesencja tzw. sukcesu.

Wbrew pozorom przysłowiowe „stawanie na rzęsach” nie zawsze przyniesie nam planowane cele i sukcesy. Nawet jeśli te cuda jakimś cudem się zrealizują, to często jednak jest to okupione naszą bardzo ciężką pracą czy też pracą całego zespołu, niewyspaniem, zmęczeniem i na koniec jeszcze nie do końca takim sukcesem jaki byśmy mogli osiągnąć pracując w nazwijmy to „normalnych” terminarzach. Nawet jeśli klient jest zadowolony z efektu końcowego, to często zdajemy sobie sprawę, że sami jeszcze byśmy w danym projekcie wiele poprawili, zrobili inaczej, inaczej zaplanowali, zrealizowali – gdybyśmy tylko mieli na to czas.

Kolejna kwestia to okupienie takich wysiłków zdrowiem naszym, naszych współpracowników – czy na pewno warto? Oczywiście będąc „piękni i młodzi” łudzimy się, że te problemy ze zmęczeniem i niewyspaniem nigdy nas nie będą dotyczyć. Rzeczywistość jednak jest brutalna i z czasem pokazuje, że takie decyzje mają swoje długofalowe konsekwencje zarówno zdrowotne jak i często okupione są problemami w życiu prywatnym. Bo wiecznie mało czasu dla partnera/partnerki, dla dzieci, dla rodziców, dla przyjaciół. Czy tego na pewno chcemy udowadniając całemu światu, że znów się udało, że znów daliśmy radę? Czy jednak nie lepiej postawić sobie granice i być wiernym swoim zasadom – jeśli przyjmuję projekt to muszę wierzyć, że dam radę go zrealizować na poziomie, jakiego oczekuję sama od siebie? Czy taka postawa nie jest uczciwsza po pierwsze wobec samej siebie jak i wobec naszych klientów? Czy takie podejście do pracy, choć może pozbawi nas części zarobków, docelowo nie pokaże nam, że po pierwsze warto mieć zasady; po drugie warto pracować na najwyższych obrotach ale nie za wszelką cenę; po trzecie, że dzięki temu mamy szansę pogodzić życie prywatne z życiem zawodowym.


Oczywiście do takich wniosków dochodzimy z czasem… Byle nie było jeszcze za późno!.

6 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie